Pokazywanie postów oznaczonych etykietą deser. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą deser. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 listopada 2011

Czekoladowe brownie

Gdy byłam początkującą kucharką - no, w każdym razie bardziej początkującą niż teraz - wydawało mi się, ze zrobienie brownie jest strasznie skomplikowane, że za tym nieziemsko czekoladowym ciastem o interesującej konsystencji musi stać jakaś magia i cały szereg trudnych czynności. A kiedy się w końcu za nie zabrałam, okazało się być zadziwiająco proste. Trywialne wręcz. Kwadrans roboty, dwa naczynia do umycia i mamy coś, co zadowoli nawet największego czekoladoholika, nada się na specjalną okazję lub na prezent (zawsze mnie urzekały te owinięte w papier kawałki ciasta przewiązane wstążką, no co poradzę).
Zatem, do rzeczy. Przepis wzięłam po trochu zewsząd, ale najbardziej z Kwestii Smaku.

Składniki:
200g (dwie tabliczki) gorzkiej czekolady
200-225g masła (zwykle jedna kostka)
3 jajka
200-250g cukru (w oryginale było 275, ale taka ilość cukry trochę mnie przeraziła, więc zwykle dodaje około 200g)
135g mąki
szczypta soli

Przygotowanie:
Pokrojone masło razem z połamaną na kawałki czekoladą rozpuszczamy w rondelku, krótko, tylko do roztopienia - nie musimy bawić się z kąpielą wodną, masło skutecznie chroni czekoladę przed przypaleniem, trzeba tylko mieszać. Wyżeramy masę czekoladową z garnka  Jajka ucieramy z cukrem na puchato, dodajemy nieco wystudzoną masę czekoladową, mieszamy/miksujemy chwilę. Wyżeramy masę  dodajemy mąkę i sól, znów miksujemy. Kiedy się wszystko połączy, wylewamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia i wsadzamy do nagrzanego do 180 stopni piekarnika na jakieś 20 minut. Zostawiamy do wystudzenia, o ile mamy na tyle cierpliwości.

Przed wsadzeniem do piekarnika można posypać ciasto orzechami, migdałami albo startą czekoladą. Bardzo dobre z odrobina borówkowej/wisniowej konfitury.

wtorek, 13 lipca 2010

Placek wiśniowy

Mój stosunek do wiśni jest dość specyficzny. Nie lubię ich jako takich - chociaż wizualnie ładne, to małe toto, kwaśne, właściwie sam sok i pestki. Dużo bardziej smakują mi ich plebejskie krewniaczki - chrupiące, słodkie czereśnie.
Za to jeśli chodzi o przetwory, mogę dać się pociąć za wszystko co wiśniowe - dżemy, soki, cukierki, sosy, galaretki, drożdżówki, ciasta i ciastka.. wszystko, co zawiera soczystą wiśniową kwaśność, zwłaszcza przełamaną nienachalną słodyczą ciasta, jest moim ulubionym. Kilka lat temu, goszcząc wraz z przyjaciółką u bardzo miłej, niemieckiej rodziny dostałyśmy na śniadanie coś, czego nie jadłam nigdy wcześniej, a co gospodyni nazwała po angielsku cherry pie. Byłam urzeczona - pomiędzy cienkimi warstwami lekkiego, słodkiego ciasta znajdowała się rubinowa poezja, całe kwaskowate owoce w zagęszczonym, lekko budyniowym sosie.
W Polsce cherry pie - tłumaczone jako placek wiśniowy (nazwa jak dla mnie bez sensu, placek kojarzy mi się z czymś ciężkim, puchatym i wyrośniętym) wciąż jest mało popularne, dlatego przepis ściągnęłam po trochu z różnych zagranicznych blogów. Naprawdę proste i szybkie, starcza akurat na standardową 24cm formę do tarty. Jeśli chcecie zrobić też wierzch lub kratkę, pomnóżcie ilość składników ciasta przez dwa.





Składniki
Na ciasto:
2 szklanki mąki
pół kostki masła (zimnego, krojonego w kostkę)
2 łyżki cukru
szczypta soli
zimna woda
Na wypełnienie:
1 kg wiśni (w sezonie warto kupić świeże - wcale nie są drogie)
1/2 szkl. mąki
1/2 szkl cukru (lub mniej, jeśli wiśnie są z tych słodkich)

Przygotowanie:
Zaczynamy od wydrylowania wiśni. Jeśli macie drylownicę, to jesteście szczęśliwymi ludźmi i pójdzie jak z płatka. Jeśli nie - agrafka/spinacz biurowy/wsuwka do włosów w dłoń i zasuwamy. Po jakichś 30dag nabiera się wprawy. Aha, polecam założyć starą koszulkę, bo wiśnie lubią pryskać. Wydrylowane owoce przesypujemy cukrem i wstawiamy do lodówki, iżby puściły sok.
Następnie ciasto. Do blendera/robota kuchennego wrzucamy mąkę, cukier, sól i masło i miksujemy chwilę, aż zawartość będzie przypominać żółte okruszki (w razie braku blendera masło siekamy z mąką ostrym nożem). Wsadzamy okruszki do miski i pomału, po łyżce dodajemy wodę, zagniatając. Ciasto nie może być zbyt miękkie, wystarczy, by wszystko połączyło się w kulkę. Zaleca się włożyć je na chwilę do lodówki, choć niekoniecznie.
Ciasto dzielimy na dwie mniej-więcej równe części. Jedną z nich rozwałkowujemy w okrąg wielkości naszej blachy i do niej też wkładamy. Wiśnie razem z puszczonym sokiem mieszamy z mąką i wykładamy na blachę. Pozostałe ciasto rozwałkowujemy i kroimy w paski, z których układamy kunsztowną kratkę na wiśniach. Całość można posmarować po wierzchu rozbełtanym jajkiem, żeby się ładnie rumieniło.
Pieczemy około godzinę w 180 stopniach, do momentu, aż ciasto na wierzchu się zrumieni.
Bardzo dobre z bitą śmietaną :)

czwartek, 1 lipca 2010

Sernik na zimno

Absolutnie najlepsze ciasto w porze letniej - jeśli w ogóle ciastem mozna nazwać coś, co nie wymaga pieczenia :) Im zimniejsze, tym lepsze, lekkie i smakowite, z owocami, jakimi tylko sie chce. Najlepiej smakuje prosto z lodówki.
Długo szukałam przepisu na taki najzwyklejszy sernik - bez wielu warstw, kremów, pieczonych blatów i skomplikowanych procedur. Znalazłam gdzieś w internecie - nie pamiętam już, gdzie, bo robię z pamięci :) wychodzi zawsze.



Składniki:
500g półtłustego twarogu - najzwyklejszego. Można dać do 750g, wtedy sernik będzie bardziej serowy
2 galaretki (np. cytrynowe)
1 galaretka (np. truskawkowa)
4 paczki herbatników typu Petit Beuree
2 małe opakowania serka homogenizowanego waniliowego
1/2 szkl. cukru
1/2 szkl jogurtu lub śmietanki

Przygotowanie:
Najpierw rozpuszczamy 2 galaretki (UWAGA! Żeby sernik się ściął, trzeba rozpuścić je w mniejszej ilości wody, niż podane w przepisie. Na 2 galaretki wystarczy 0k. 3 szklanek wody) i czekamy, aż nam ostygną do temperatury pokojowej. W za pomocą miksera mieszamy ser, serek, śmietankę i cukier (jeśli serek homogenizowany jest bardzo słodki - co się zdarza - albo po prostu nie lubimy za słodkiego, z cukru można spokojnie zrezygnować). Do porządnie utartej masy serowej dodajemy galaretki. Dno kwadratowej blaszki wykładamy herbatnikami i ostroooożnie wlewamy masę serową. Jak jakiś herbatnik uciekł ze swojego miejsca, zaganiamy go z powrotem za pomocą palucha i wkładamy blachę do lodówki, żeby się wszystko ścięło. W tak zwanym międzyczasie rozpuszczamy pozostała galaretkę i tez czekamy, aż ostygnie (owszem, w robieniu tego sernika najgorsze jest czekanie :). Na masie serowej układamy ulubione owoce (ja najbardziej lubię truskawki) i zalewamy galaretką, po czym ponownie wstawiamy do lodówki. Godzina - dwie i można jeść :) Smacznego.

czwartek, 3 września 2009

Muffiny a la Karolin

Przepis na poniższe muffiny wynalazła w czeluściach kulinarnych tradycji Karolina, więc to jej należy składać gratulacje w razie sukcesów lub zażalenia w razie niepowodzeń ;)
Ja przepis przejęłam i od dawna już wykonuję niezliczone wariacje na jego temat, bo jest banalnie prosty, szybki i jeszcze nie zdarzyło się, żeby się nie udał. Jeśli więc dopiero zaczynacie swoją przygodę z wypiekami, będzie w sam raz.

Zaraz na wstępie muszę nadmienić, że w kwestii muffinów najtrudniejszym elementem nie jest wcale przygotowanie, ale forma. Problem można rozwiązać na kilka sposobów:
1. Najłatwiej kupić całą blachę z wgłębieniami, zwykle jest ich 6 lub 12. Polecam dobrze poszukać po sklepach lub na allegro, by nie przepłacić - ja swoją 12-muffinową, metalową blaszkę kupiłam za ~12pln i naprawdę nie ma sensu kupować droższej.
2. Można wydać trochę więcej kasy na formę lub foremki silikonowe. Są o tyle fajne, że bywają w rożnych kształtach no i muffiny "wychodzą" z nich bez większego trudu.
3. Niezłym rozwiązaniem jest wybranie się do pawlacza/na strych/do babci by poszukać/pożyczyć metalowe foremki do kruchych babeczek.
4. Jeśli już mamy formę, dobrze jest dokupić do niej niedużym kosztem papierowe "papilotki" (też na allegro, bywają w tesco, ale rzadko). Trzeba tylko uważać, by kupić te duże - ok 5cm średnicy w podstawie. Można nawet piec muffiny w samych papilotkach, bez foremek, ale wtedy są szersze niż wyższe :)
Jeśli znaleźliśmy formę, możemy brać się do pieczenia :)

Składniki (zwykle starczają na 12 standardowych muffinek):
2 szklanki mąki
1/2 szklanki cukru (można więcej)
1 płaska łyżka stołowa proszku do pieczenia
szczypta soli
1 jajko
szklanka mleka
1/2 szklanki tłuszczu (rozpuszczone masło najlepsze, ale wszelkie oleje dają radę)

Wykonanie:
Osobno mieszamy składniki suche i mokre, potem wlewamy jedne do drugich i mieszamy łyżką, żeby nam się wszystko ładnie połączyło - nie miksujemy! Nagrzewamy piekarnik do 180 stopni w skali C, smarujemy foremki tłuszczem (lub układamy w nich papilotki) i nakładamy ciasto, tak, by sięgało brzegów foremek. Wkładamy do piekarnika na 15 minut (lub do uzyskania ładnie wyrośniętych, przyrumienionych muffinek). Najlepsze są jedzone tego samego dnia :)

To jest ciasto bazowe, dobre, jeśli zamierzamy robić muffiny z polewą lub jeść je z masełkiem. Zanim połączymy składniki mokre z suchymi można dosypywać wszelkie ilości cynamonu, imbiru, przypraw do piernika, dolewać aromatów, syropów i alkoholi - wychodzi pysznie. Do ciasta można też dołożyć rodzynki, orzechy, suszoną żurawinę, morele, banany, świeże owoce w kawałkach, pokrojoną w kawałki czekoladę - co nam przyjdzie do głowy.
Ciekawym eksperymentem są muffiny na słono - nie dodajemy wtedy cukru, zastępując go nieco większą ilością mąki. Takie muffiny możemy zrobić np. ze szpinakiem, serem żółtym, pomidorami, mięskiem...

Zachęcam do eksperymentów, można się dzielić :)